decoration decoration decoration
decoration
leaf leaf leaf leaf leaf
decoration decoration

Tam, gdzie Czarta diabli wzięli. W drodze na „Diabli Kamień”

Diabli Kamień na Foluszu.

Wybierzemy się dzisiaj w mistyczną podróż.

Naznaczoną śladami zarówno mężów Kościoła i obrońców świętej wiary. Pozostałościami po demonach oraz złych duchach dążących do zguby ludzkiego świata. Przejdziemy szlakiem, na którym spotkamy miejsca zarówno boskiej obecności jak i diabelskich planów.

Zapraszam na krótką wycieczkę w góry, gdzie naszym celem będzie Diabli Kamień.

Miejsce w którym Czarta diabli wzięli, a dokładniej czekający w tym miejscu „diabelski” kesz, którego według podań same moce piekielne często chowają przed żądnymi znalezienia keszerami. Jeśli jeszcze strach nie zajrzał Ci w oczy – podążaj za nami…


Legenda o Diablim Kamieniu.

Dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach, kiedy ludzie często byli nawiedzani przez istoty nadprzyrodzone, miało miejsce wydarzenie, które zmieniło na zawsze życie mieszkańców pewnej małej wsi na Podkarpaciu zwanej Folusz. W okolicach owej wsi rozpanoszyły się swego czasu diabły, które wyłażąc z otchłani piekielnych wciąż kusiły mieszkańców Folusza do złego, zadając tym cierpienie mocno wierzącym ludziom.

Powodem tak zuchwałego zachowania był brak świątyni w najbliższej okolicy, która by odstraszała bestie swoją świętą mocą. Kiedy miarka się przebrała, a ludzie mieli już dość, postanowili wybudować kościół we wsi Cieklin i zamontować na jego wieżach dzwony na tyle potężne, żeby szatańskie pomioty odstraszyć raz na zawsze i uwolnić się od ich prześladowań. Swoje postanowienie z gorliwością zaczęli wcielać w życie.

Diabeł z kamieniem

Budowa kościoła szła bardzo sprawnie, co budziło w diabłach duży niepokój. Wszystko wskazywało na to, że ich beztroska hulanka na tej ziemi nie potrwa już długo i one też postanowiły zawalczyć o swoje. Zwołały w tym celu naradę diabelskiej braci, na której zaczęli zastanawiać się co począć żeby pokrzyżować ludzkie plany. Szatański nestor poradził, ażeby najsilniejszy z nich wziął największy kamień jaki znajdzie i udał się na pobliską górę, z której ciśnie kamieniem w kościół niszcząc dzwonnice i oddalając tym samym widmo wygnania synów ciemności tam skąd przybyli. Warunek jednak był taki, że musiał zrobić to w nocy, zanim zapieje pierwszy kur, gdyż jak powszechnie wiadomo pianie koguta zabiera czartom diabelską moc aż do zmierzchu.

Pomysł szybko zaczął być realizowany. Wybrano najsilniejszego z diabłów, który wziął na plecy potężny głaz i ruszył z nim na wskazane wzgórze. Pech chciał, że wspinającego się czarta zauważył szewc, który czuł pod skórą, że widok diabła taszczącego ogromny głaz nie zapowiada niczego dobrego. Poleciał więc szewc co sił w nogach do kurnika i dźgnął śpiącego jeszcze koguta w kuper tak, że ten zapiał z wściekłości. W tej samej chwili czart zasłabł tracąc swoją piekielną moc i poległ przygnieciony ciężarem niesionego głazu.

Trasa Folusz -> Magura Wątkowska -> Diabli Kamień

Pogoda od samego rana była taka, jakby wszystkie wygnane dawno temu diabły nagle zaczęły płakać. Zasnuwające niebo szczelną kurtyną chmury nie dopuszczały na nasz padół łez ani jednego promyka słońca, nie dając nawet nadziei na choćby minimalną poprawę aury. Krople deszczu spadały raz z większym, raz z mniejszym natężeniem, jednak robiły to permanentnie od chwili kiedy otworzyliśmy oczy skutecznie odbierając nam chęci do wstania. Dzień nie zaczynał się zbyt optymistycznie, jednak ostatnie godziny pobytu na Podkarpaciu wypadało spędzić na czymś ambitniejszym niż siedzenie w pokoju. Zwłaszcza, że mieliśmy plan do wykonania. A czynność zaplanowana powinna być wykonana, przynajmniej na tyle, na ile to możliwe.

Naszą wędrówkę zaczynamy z Folusza, jednak zanim znajdziemy się na terenie dawnych diabelskich harców, przejdziemy do miejsca naznaczonego wiarą i słowem bożym – Magury Wątkowskiej.

Na samym początku spaStary tartak na Foluszuceru mijamy pozostałości po starym tartaku, który będąc niegdyś kaźnią drzew, dzisiaj sam staje się ofiarą wszechmocnej natury powoli ginąc w jej uścisku.

Kilkaset metrów dalej stajemy na rozdrożu, na którym trzeba podjąć decyzję czy podążać „boską” ścieżką, czy wybrać „przeklęty”, diabelski trakt. My wcześniej postanowiliśmy, że podążymy ścieżką życia, zanim wkroczymy na szlak umarłych i tak też zrobiliśmy.

Przedzierając się przez ukrytą na pograniczu dobra i zła leśną ścieżkę, zastanawialiśmy się czy mrok przypadkiem nie zechce wkroczyć na wrogi sobie teren, i czy my nie staniemy się ofiarami tego wtargnięcia. Oprócz nas nie było nikogo, a jedyne snujące się bez celu (potępione?) dusze minęliśmy w Foluszu, jeszcze przed wyjściem na szlak. Gęsty, zasnuty mgłą las nie wydawał się być do nas przyjaźnie nastawiony, a wciąż padający deszcz i gniewne burzowe pomruki dodawały tylko mocy wrogiej atmosferze. Momentami wydawało się nam, że jesteśmy skrycie obserwowani przez strażników puszczy, innym razem leśne potwory zuchwale przecinały naszą drogę szybko chowając się przed naszym wzrokiem w leśnej gęstwinie nie robiąc nam jednak krzywdy.

Las na Foluszu

Żaba w Beskidzie Salamandra plamista - Beskid

Droga dłużyła się niemiłosiernie. Drogowskazy przewidywały przejście w czasie 1:40, ale czas w tym miejscu płynie inaczej. Tym większa była nasza radość z dotarcia do pierwszego punktu naszej podróży, którym był szczyt Kornuty. W lepszych już nastrojach kontynuowaliśmy marsz i po krótkim czasie znaleźliśmy się na długo wypatrywanym szczycie – Magurze Wątkowskiej.

Magura Wątkowska

Licząca 842 m n.p.m Magura Wątkowska jest o tyle wyjątkowa, że w sierpniu 1953 roku odprawiał tu mszę świętą, wtedy jeszcze ksiądz, Karol Wojtyła. Na pamiątkę tego wydarzenia oraz dla uczczenia 25-lecia pontyfikatu Jana Pawła II stoi w tym miejscu pomnik z tablicą pamiątkową. Przy sprzyjającej pogodzie rozpościera się stąd widok na Tatry, którego jednak nie dane nam było zobaczyć w czasie naszej wizyty. Krótki odpoczynek i wbicie pieczątek do książeczek turystycznych poprawiło nam humory i dodało sił na dalszy marsz tam, gdzie poległ pod wielkim głazem legendarny czart.

Wizyta w „świętym” miejscu pozytywnie wpłynęła na nasze morale i już nawet lejący wciąż deszcz nie stanowił dla nas problemu, zwłaszcza że droga była już z górki. Nawet sięgnąłem po dość niemęski (moim bardzo subiektywnym zdaniem) artefakt jakim jest parasol. A wierzcie mi, nie jest to rzecz, po którą często sięgam, gdyż wolę moknąć niż iść schowany pod parasolem. Ścieżka wciąż prowadziła przez las, gdzieniegdzie zaskakując nas dość stromymi zejściami, a od pewnego momentu usłana wręcz była ślimakami…

– Uważaj śli… – moje ostrzeżenie przerwał chrupot pękającej pod ciężarem Szarotki ślimaczej skorupy -… mak – dokończyłem.

Im dalej od Magury, tym bardziej robiło się ponuro. Las gęstniał mocno ograniczając ilość docierającego do nas światła, a wiatr gwizdał coraz bardziej tak jakby potępione dusze zawodziły żałośnie w swojej pośmiertnej wegetacji. Zbliżyliśmy się do miejsca, w którym niecne diabelskie plany, dzięki dzielnemu szewcowi, spełzły na niczym.

Diabli Kamień

Po krótkim podejściu naszym oczom ukazał się potężny kamień, zwany do dziś Diablim. Geolodzy twierdzą, że skałę ukształtowały w ten sposób naturalne procesy erozyjne, ale podania ludowe i ponury klimat tego miejsca świadczą zupełnie o czymś innym. Przez chwilę wydawało się nawet, że spod głazu dochodzi pełne gniewu i cierpienia zawodzenie niosące obietnicę zemsty.

Nie dając jednak się zastraszyć ruszyliśmy śmiało na poszukiwania kesza, który czekał nieopodal. Śmiać się musiały otchłanie piekielne na widok naszych starań. Szukaliśmy, sprawdzaliśmy, patrzyliśmy wszędzie gdzie się dało, lecz wszystko to na nic. Nasz GPS wariował tak, jakby sam Lucyfer nim kierował niczym dżojstikiem w grze, bawiąc się naszym kosztem. Śmiał się deszcz i śmiały skały. Nawet kora drzew układała się niekiedy tak, jakby to tolkienowski Ent zrywał boki na nasz widok.

– A niech Cię diabli wezmą! – krzyknąłem w końcu do wciąż ukrytego pojemnika, który nijak nie chciał wpaść w nasze ręce. – Już go wzięliśmy! – poniosło się po okolicy, a głos ten dobiegał jakby spod ziemi i zamienił się w chichot diabelski, który wraz z wiatrem zerwał się do lotu. I leciał śmiejąc się złośliwie coraz wyżej i wyżej, dopóki z jasnego nieba nie uderzył grzmot, zupełnie tak, jakby mówił „milcz!” i przerwał jego radość.

Tags: folusz, geocaching, górskie wycieczki, kesze, skrytki, skrzynki

Komentarze (6)
  • Zapiski geocacherki   /   Kwiecień 10, 2017., 12:26 pmReply

    Miejsce wygląda na bardzo intrygujące. I ta aura nawet do niego pasuje - no bo co to byłaby za przygoda wejść na Diabli Kamień w piękną, słoneczną pogodę - zero magii, tajemniczości i mroku :)

  • Anonim   /   Kwiecień 2, 2017., 1:57 pmReply

    Hmm, wydaję się, że to ciekawe miejsce, tak ponuro, odrobinę niesamowicie i strasznie. I jeszcze te malownicze ruiny tartaku i czyhająca na swoje ofiary zieleń. Może jesienią, w listopadzie, żeby było jak najbardziej klimatycznie? W każdym bądź razie, jechać trzeba !

    • admin   /   Kwiecień 2, 2017., 6:06 pmReply

      Zdecydowanie! Zwłaszcza, że nieopodal jest jeszcze Wodospad Magurski do zdobycia i zobaczenia! :)

  • verenne   /   Kwiecień 2, 2017., 10:26 amReply

    Hahaha, czyli krótko mówiąc DNF*? :D *Diabli Nadali Fuck!

    • admin   /   Kwiecień 2, 2017., 6:03 pmReply

      Hehe no nie chce być inaczej :) a najgorsze jest to, że kesz tam był! Jakieś złe moce go przed nami ukryły :) ale jak widać, nawet o DNF-ie można co nie co napisać :D :P

      • Verenne   /   Kwiecień 7, 2017., 10:10 pmReply

        Phi, pewnie, że się da :) Czasem DNFy są ciekawsze do opisania, niż te znalezione :P

Dodaj komentarz

loading
×
%d bloggers like this: