decoration decoration decoration
decoration
leaf leaf leaf leaf leaf
decoration decoration

Oko w oko z dinozaurem – gliwickie spotkanie z prehistorią

      Dinozaur czy lwice? Piętaszkowe dylematy

„Show must go on” – rzekłem do siebie na wpół przytomny szukając jednocześnie dzwoniącego bez litości budzika. Gdyby nie fakt, że ów budzik wmontowany jest w telefon, i to niezbyt tani, marny byłby jego los. Ma jednak bydlak szczęście i póki co jest nietykalny. Ów show zaczął się o godzinie 6:00 pamiętnego dnia 25 lutego Anno Domini 2017, w którym to dniu lubiący naturę Piętaszek spotkać się miał z jej teoretycznie dawno wymarłym przedstawicielem – dinozaurem. Spotkać, stanąć oko w oko i przeżyć. Przynajmniej taki był plan.


Sprawcami całego zamieszania był nie kto inny jak MasterMrozio i CopernicusHigh, która postanowiła użyć nadprzyrodzonych mocy i wskrzesić parę gadów, ku uciesze keszerskiej młodzieży i przerażeniu starszyzny. Pierwotnie moje zainteresowanie całą imprezą było znikome, bo o ile maksyma „nie wkładaj głowy w paszczę lwa” bliska jest piętaszkowemu sercu, o tyle sytuacja zaczęła się mocno komplikować w momencie, kiedy na spotkanie z krwiożerczymi gadami zechciała jechać matasu – keszerka równie znana i lubiana, choć działająca głównie na podkarpackiej ziemi. Cóż więc z tego, że Piętaszek ominie niebezpieczeństwo spotkania z dinozaurem, kiedy w zamian narazi się dwóm lwicom? Wiadomo przecież, że są ludzie którym się nie odmawia, albo odmawia tylko raz, gdyż drugiej szansy na prezentację asertywnej postawy już nie będzie. Szybka ocena ryzyka, zysków i strat zaowocowała konkluzją, że prędzej przeżyję spotkanie z krwiożerczą bestią niż gniew dwóch wspaniałych skądinąd niewiast. Niejeden tryskający testosteronem filmowy macho bałby się podjąć takie ryzyko, a co dopiero będący wątłej postury i miłujący pokój Piętaszek. Takim oto sposobem słowo się rzekło – pojedziemy. I tylko świadomość, że wskrzeszone gady będzie prezentował i trzymał w ryzach sam Mroczny Lord Vader pozwoliła zachować mi jako taką równowagę psychiczną. Wszak moc Lorda wielka jest i żaden gad pokonać jej nie zdoła.

Logistyka związana z dotarciem na miejsce keszerskiego zlotu była dopracowana i dopięta na ostatni guzik. Matasu wraz z Einsteinem27 mieli przybyć do Grodu Kraka wczesnym rankiem, a następnie kontynuować podróż piętaszkowym keszowozem, oczywiście z Piętaszkiem za sterami…

– Będziemy ok. 8:00 na dworcu, no może 7:55 – rzecze mi matasu po konsultacji z przewoźnikiem. Szybkie obliczenia ustawiły wspomniany już budzik piętaszka na 6:00, gdyż wiadomo, że należy wziąć pod uwagę conajmniej 30 minut drzemki i odwlekania wstania w czasie. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto tak nie robi! No więc ustawiłem, po czym udałem się w objęcia Morfeusza.

     Kilka, zdecydowanie za mało, godzin później…

„Kraków wita” – czytam sms od matasu między trzecim łykiem herbaty a drugim kęsem chleba. Być nie może! – myślę nieco zbity z tropu. Telefon wskazywał godzinę 7:05, a zegar na kuchence jak na złość przyszedł mu w sukurs i wskazywał to samo, co tylko pogłębiło moją konfuzję. Jak zazwyczaj komunikacja się spóźnia, tak teraz przyspieszyła i to aż o godzinę! Cóż było zrobić? Skoro Kraków wita, to i piętaszek powitać musi. Zagęściłem ruchy tak bardzo jak tylko to było możliwe, po czym pognałem keszowozem w umówione miejsce. Tymczasem w Gliwicach do życia budziły się wskrzeszane przez Wiedźmę krwiożercze gady, na spotkanie których wyruszali keszerzy z Łodzi, Warszawy, Katowic, Borkowic i wielu, wielu innych zakątków Polski.

Podejrzewam, że nie jest prosto znaleźć osobę, chcącą pełnić rolę gospodarza zlotu ludzi, którzy gotowi są wspinać się po drzewach, wchodzić do kanałów czy zaglądać do miejsc, do których normalny człowiek raczej nie zagląda, a wszystko po to, żeby znaleźć plastikowy pojemnik. Na dodatek zlotu, na którym oprócz miłośników ukrytego plastiku pojawić się mają prehistoryczne gady. Być może za sprawą Copernicusowego uroku, być może przy udziale ciemnej strony mocy, ale ryzyka goszczenia imprezy podjęły się przesympatyczne dyrektorki Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gliwicach – Panie Bogna Dobrakowska oraz Izabela Kochańczyk, które wraz z niezastąpioną Panią Martą Kryś oprócz budynku zapewniły również pomoc, której zapewnić nie mógłby nikt inny. Gdyby nie wspomniane wyżej damy, całe przedsięwzięcie diabli by wzięli, tym większe należą się podziękowania. A przedsięwzięcie było niemałe, choć żeby się o tym przekonać najpierw trzeba było dojechać…

– Zjedź pierwszym zjazdem w prawo – mówi natarczywie głos nawigacji, który przeczy kierunkowi wskazywanemu przez znaki drogowe. Wszystko było dobrze do czasu, kiedy nie włączyłem funkcji unikania opłat w ustawieniach, z myślą o uniknięciu bramek na kultowej już autostradzie A4 na trasie Kraków – Katowice, za którą pókim żyw nie zapłacę, choćbym miał wytyczać nowe szlaki po bagnistym terenie. Nie zjadę! – odpowiadam nawigacji z podniesioną głową dając spory kredyt zaufania naszym drogowcom, co w sumie sukcesu nie wróżyło za grosz. Zjedź pierwszym zjazdem w prawo – powtarza cyfrowa pani, doprowadzając mnie powoli do białej gorączki. Zjedź pierwszym zjazdem w… – Idź precz! –  rzekłem i zakończyłem korzystanie z pomocy drogowej szachrajki, bez której jak się później okazało, też da się dotrzeć do celu.

     Gady w bibliotece, czyli „Oko w oko z dinozaurem”

Za dobry znak należało uznać fakt, że udało nam się znaleźć miejsce parkingowe niemal przy samych drzwiach biblioteki, dlatego ruszyliśmy śmiało i bez wahania na spotkanie przygodzie. No, tuż po tym jak Einsteinowi27 udało się wydostać z keszowozu, bo w tym jak na złość zaciął się fotel. Nasz śmiały i niezachwiany zwątpieniem krok zatrzymać się musiał szybciej niż zaczął, gdyż ilość chętnych na spotkanie z żywą prehistorią keszerów znacznie przewyższała możliwości przepustowe bibliotecznych drzwi. Zaowocowało to lekkim zatorem, który na szczęście dość szybko się rozładował. Po kilku chwilach znaleźliśmy się w środku kotła, w którym przeszłość mieszała się z teraźniejszością, nauka z zabawą, a wszystko to doprawione było ludzką pasją oraz sztuką. Jak łatwo się domyślić, z takich składników musiało wyjść coś wyjątkowego. I niewątpliwie wyszło!

Stało się! Po nieprzespanych nocach, permanentnym stresie i przekraczającej bezpieczny dla zdrowia poziom adrenalinie ujrzałem to, co spędzało mi sen z powiek i uruchamiało wszystkie, nawet najgłębiej ukryte instynkty. Tego dnia w gliwickiej bibliotece, tuż za wejściem, zaraz za winklem czaił się On. Prehistoryczna, kolczasta bestia gotowa jednym uderzeniem ogona urwać piętaszkową głowę, a swoimi zębiskami dokończyć dzieła zniszczenia – Kentrozaur, z którym pomimo obaw stanąłem oko w oko, nie mrugając w ogóle. Wyszedłem z tego spotkania, nie dość że żyw, to jeszcze cały i zdrowy. Chciałbym wierzyć, że to dzięki mojemu drapieżnemu spojrzeniu i budzącej respekt nawet u największego gada postawie. I wierzę! A fakt, że Kentrozaur jest roślinożerny i gardzi świeżym mięskiem na pewno nie miał wpływu na wynik tego wzrokowego pojedynku.

Konia z rzędem temu, kto dał radę uczestniczyć we wszystkich przewidzianych na evencie atrakcjach. Harmonogram dnia był tak bogaty, że uczestnictwo w każdym jego punkcie stanowiło wyczyn godny wpisu do księgi rekordów Guinnessa. Chcąc nie chcąc trzeba było dokonać selekcji. Po dopełnieniu formalności i dokonaniu wpisu do oryginalnego logbooka oraz nabyciu rewelacyjnych, eventowych drewniaczków przyszedł czas na zapoznanie się z planem imprezy i dokonanie trudnego wyboru. Po namyśle postanowiłem na początek zaczerpnąć trochę paleontologicznej wiedzy przekazywanej przez przybyłego z najdalszych zakątków galaktyki Mrocznego Lorda Vadera, który tym razem zahipnotyzował słuchaczy opowieścią o naszych rodzimych, polskich prehistorycznych gadach. Jak już kiedyś wspomniałem, moc Vadera jest tak potężna, że z jego ust opowieść o obieraniu ziemniaków zapierałaby słuchaczom dech w piersiach, a co dopiero opowiadana przez niego historia prehistorycznych gadów! I tak oto dowiedziałem się gdzie na terenie współczesnej Polski wykopywano skamieniałości dinozaurów, jakie były to dinozaury i czym się od siebie różniły. Dla przybyłych z Grodu Kraka niewątpliwie jedną z najciekawszych informacji była ta o odnalezieniu prawdziwego, choć skamieniałego już Smoka Wawelskiego w… Lisowicach.

Podczas, gdy ja skupiłem się na naukowej części eventu, we wszystkich niemal pomieszczeniach gliwickiej biblioteki trwały warsztaty przeznaczone zarówno dla młodszych poszukiwaczy, jak i ich starszych opiekunów. Miłośnicy sztuki mieli okazję pokolorować dinozaury na wielkim arkuszu papieru, mniej uzdolnieni plastycznie mogli zmaterializować własnego gada przy pomocy filcu i sympatycznych nauczycielek z Zespołu Szkół Specjalnych im. J. Korczaka w Gliwicach.  Przyszli paleontolodzy mieli niepowtarzalną okazję odcisnąć łapę celofyza, a dla miłośników geologii prowadzone były warsztaty z rozpoznawania minerałów. W międzyczasie trwały oczywiście zaciekłe geocachingowe dysputy, wymiany drewniaków, a korytarze wypełnione były przygotowaną przez organizatorów wystawą minerałów.

Skoro postawiłem na wiedzę, to konsekwentnie postanowienia się trzymałem i z przyjemnością wysłuchałem kolejnego wykładu pt. „Cudowny świat minerałów”, który przeprowadziła Pani Ewa Głuszek. Specjalistą od geologii nie jestem, tym chętniej wysłuchałem tego jakie procesy zachodzą we wnętrzu Ziemi, czym różni się skała od minerału oraz obejrzałem zdjęcia najciekawszych okazów minerałów znalezionych do tej pory na naszej planecie. Najcenniejszą jednak wiedzą jest chyba ta, że wypowiedzenie słowa „kamień” w obecności jakiegoś profesora geologii grozi w najlepszym wypadku utratą zdrowia.

Nauka ustąpić jednak musiała miejsca sztuce. Ku uciesze najmłodszych oraz tych starszych, którzy duchem są jeszcze młodzi, na biblioteczne deski wszedł lokalny teatrzyk dziecięcy Lufcik na korbkę. Spektakl dla najmłodszych przygotowany został specjalnie na okazję eventu (!) i jak nietrudno się domyślić był o… Dinozaurach. Spektakl  „Teo – śląski dinozaur” zrobił furorę wśród licznie zebranych maluchów, nie tylko humorem i tematyką, ale również efektami specjalnymi, w tym pirotechnicznymi. Jako, że ognia boję się jak wody, postanowiłem zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, oczywiście z keszerskimi intencjami.

Przyznać muszę, że porządna porcja wiedzy odrobinę mnie przytłoczyła. A co może być lepszego na taki stan, niż krótki spacer po schowane nieopodal keszynki? Zwłaszcza, jeśli można iść na poszukiwania w towarzystwie matasu! Naszym łupem padło kilka keszy z serii Rowerowe Gliwice oraz podjęliśmy próbę znalezienia skrzynki MasterMrozia pokazującej cmentarz żołnierzy radzieckich, gdzie niestety ponieśliśmy porażkę. Proste, szybkie i przyjemne kesze od razu sprawiły, że wróciły nam (a przynajmniej mi) siły życiowe, a pusty żołądek dał o sobie znać. Rzadko zdarza mu się to w odpowiednim momencie, ale tym razem nie mógł lepiej trafić, gdyż właśnie zbliżała się pora obiadowa, co znaczyło że event powoli dobiegał końca.

Nie sposób wymienić wszystkich atrakcji przygotowanych przez organizatorów. Warsztaty, konkursy czy wykłady to tylko drobna namiastka tego, co czekało na uczestników eventu. O pomysłowości i możliwościach organizacyjnych twórców wydarzenia niech świadczy choćby fakt, że zapełnili oni grafik imprezy na prawie 5 godzin oraz całą udostępnioną przestrzeń biblioteki. Tak oto zamiast w wydarzeniu stricte geocachingowym przyszło nam uczestniczyć w wydarzeniu geocachingowo-kulturalno-naukowo-kulinarno-socjalnym, a i to nie do końca oddaje wszystkie funkcje tej imprezy. Pomysłowość i zaangażowanie zostały docenione przez keszerską brać i zaowocowały ponad setką wpisów „will attend”, co w mojej ocenie jest wynikiem rokującym na przyszłość i dającym perspektywę zorganizowania czegoś wykraczającego daleko poza ramy zwykłego eventu. Zwłaszcza, że gro przybyłych na wydarzenie stanowili najmłodsi geogracze, którzy prawdopodobnie w wielu przypadkach jeszcze nie posiadają własnego konta na portalu, a obecność których była bardzo dobrze odczuwalna. Wydaje się więc, że fizycznie liczba uczestników mogła przekroczyć magiczną granicę 100 osób i na żadnej twarzy nie było widać ani grama niezadowolenia ze spędzonego wspólnie czasu.

     Epilog – Z pamiętnika Brzuszka Łakomczuszka

Oczy by jadły i Brzuszek też może! Zwłaszcza, kiedy na stole pojawiają się wyroby będące zarówno kulinarnym jak i artystycznym kunsztem. Ekstaza jaką wywołał przygotowany dla przybyłych geoposzukiwaczy poczęstunek wręcz zobowiązała do wspomnienia o nim w niniejszym tekście!

Dwa duże, ogromne wręcz torty ucharakteryzowane na czającego się w zaroślach dinozaura oraz na świeżo odkryte gadzie skamieniałości budziły nie tylko zachwyt, ale i żal na myśl o tym, że dzieło to zostanie całkowicie pożarte przez łakomych keszerów. Tym razem przeznaczenia nie udało się oszukać i dinotorty padły łupem niezwykle żarłocznego i bezlitosnego dla łakoci gatunku, jakim jest Keszerus Obżartus. Ciasto ciastem, ale przed drogą wskazane było udanie się na coś bardziej treściwego…

– Niedaleko jest popularna gliwicka restauracja PKP, w której wszystko dowożone jest kolejką – radzi wywołana do tablicy CopernicusHigh. – Rany boskie! Chce żebym z głodu padł! – myślę w duchu wracając jednocześnie pamięcią do podróży, w której pociąg którym się poruszałem stanął w szczerym polu i ruszyć nie chciał, nawet pomimo tego, że mianowano go tytułem „ekspresowy”. Udało się jednak przełamać wewnętrzny opór i udaliśmy się do poleconego lokalu.

Zaiste, jeśli będziesz drogi Czytelniku w Gliwicach zajrzyj koniecznie do PKP, gdzie prawdopodobnie podają jedyną w Polsce jadalną Wąskotorówkę, serwują smaczną Drezynę i gdzie będziesz mógł rozładować wprost do ust Towarowy z serem. A Ci, którzy lubią jeździć bez biletu dostaną tu również gotowego na pokrojenie i zemstę za te wszystkie ucieczki po wagonach Konduktora. I co najważniejsze – tutaj pociągi jeżdżą punktualnie!

Tags: dinozaury, event, geocaching, Gliwice, Miejska Biblioteka Publiczna w Gliwicach, podróże piętaszka, prehistoria, prelekcje, skrytki

Dodaj komentarz

loading
×
%d bloggers like this: