decoration decoration decoration
decoration
leaf leaf leaf leaf leaf
decoration decoration

Maniacy w Raju – cz. 2

Keszomaniacy - Maniacy w Raju - cz. 2 1

Dzień drugi.

Spoczynek nie trwał zbyt długo, bo już o godzinie 7:00 trzeba było stawić się na stołówce celem konsumpcji śniadania, a przed godziną 8:00 z pełnym rynsztunkiem stawiliśmy się przy autokarze będąc gotowymi do drogi na niespełna 20 kilometrowy, pełen ekstremalnych przeżyć spacer po najdzikszym wąwozie Słowackiego Raju o nazwie Tomášovská Belá oraz jego bocznej odnodze – Sokoliej dolinie. Słońce zachęcająco wychylało się zza horyzontu i wszystko wskazywało na to, że przynajmniej pogoda nie będzie rzucała nam kłód pod nogi. Zdecydowanie wystarczył sam lęk wysokości, arachnofobia Szarotki, bolące kolano piętaszka i alergiczny katar obojga. Komu w drogę temu czas!

Zajęliśmy miejsce z przodu, zaraz za miejscem, na którym siedzieli prowadzący wycieczkę Dorota i Marek, którzy przygotowywali informatory do rozdania na kolejny dzień wycieczki…
– Ej, widziałam Krakesza! – Szarotka podekscytowana szturcha mnie w bok i niemal wrzeszczy szeptem do ucha.
– Gdzie?! – pytam mając już w wyobraźni wizję opuszczonego, pozostawionego bez opieki mieszkania rabowanego przez jakiś bandytów. Z resztą, pal licho z mieszkaniem, ale zaraz po wizji włamania pojawił się przed moimi oczami Sokrates śmiejący się do rozpuku z naszego nieszczęścia i szydzący z nas bezlitośnie… – I co sknero?! Miau, miau, miau… Chciałeś tego gada do ochrony to teraz masz! A wystarczyłoby pół kilo wołowinki, a Ci dwaj w twoim mieszkaniu leżeliby już martwi z wydrapanymi oczami hihihi… Chciałeś oszczędzić na kiciusiu to teraz masz. I przestań się mazgaić, bo mi się właśnie sucha karma skończyła! – kocur ewidentnie dopiero się rozkręcał, ale na szczęście udało mi się wrócić do rzeczywistości.

Wypatrywałem smoka w autokarze, na niebie i polach, ale nigdzie nie widziałem naszej bestii. Nasze poruszenie przerwał Marek, który zaczął opowiadać co nas w tym dniu czeka na szlaku, zaś Dorota szła wzdłuż pojazdu rozdając informatory. Kiedy dostaliśmy po jednym, nie wierzyliśmy własnym oczom. Na ostatniej stronie, jakby nigdy nic, siedział Krakesz ze swoim magicznym keszem w pysku i się cieszył niewiadomo z czego.
– Celebryta się znalazł – pomyślałem ciesząc się jednak razem z gadem i Szarotką.

Keszomaniacy - Maniacy w Raju - cz. 2 2

Niespodzianka od organizatorów bardzo nam się spodobała i z tego miejsca chcieliśmy serdecznie za nią podziękować.

Wyjście na szlak znajdowało się w miejscowości Čingov, do której dotarliśmy autokarem. Po wyjściu z pojazdu cała ferajna ruszyła niemal biegiem po bilety wstępu do rajskiej krainy. Nikt nie wiedział, że słowacka logika rządzi się jednak swoimi prawami…

– Mam, ale nie sprzedam – tyle mniej więcej zrozumiałem z tego, co mówiła niezadowolona pani za ladą sklepiku znajdującego się tuż przy parkingu – trzeba iść ścieżką w dół i tam kupicie – poinformowała. Niby ścieżka miała być po drodze, ale odmowa sprzedania biletów była dla nas zjawiskowa. Zanim jednak ruszyliśmy we wskazanym przez słowaczkę kierunku zapytaliśmy czy ma pieczątkę do przybicia. Kobieta chyba nie przemyślała tematu, bo przyznała, że ma i w ten oto sposób zamiast pozbyć się grupy, zachęciła tych którzy byli na zewnątrz do wejścia i przybicia stempla. Oczywiście ku jej wielkiemu niezadowoleniu.

Po kilku minutach marszu przed naszymi oczami pojawił się opisany przez niepocieszoną panią z parkingu domek. Ustawiliśmy się więc przy kasie w zamiarze zakupu koniecznych do wejścia biletów…

Keszomaniacy - Maniacy w Raju - cz. 2 5– Można kupić od razu na dwa dni? – pyta ktoś z naszych.
– Można, ale nie sprzedam, bo nie chce mi się datownika przestawiać – mniej więcej taki wydźwięk miała odpowiedź kolejnej miłej pani przy kasie.
– To może wpiszę sobie datę ręcznie? – ktoś z tłumu rzuca trzeźwą propozycję.
– Nie – ucina kasjerka.

No nic, kupiliśmy to, co zgodzili się nam sprzedać i ruszyliśmy na spotkanie przygody. Trasa zaczynała się niepozornie. Tylko gdzieniegdzie napotykaliśmy drewniane kładki i schodki, które nie powalały swoimi gabarytami. Wiedzieliśmy jednak, że to tylko cisza przed burzą, dlatego delektowaliśmy się pięknem natury oszczędzając siły na dalsze, zdecydowanie trudniejsze etapy trasy.

Jedyny kesz tego dnia znajdował się na rozwidleniu szlaków i był to Kysel’ (ústie) TB hotel, którego szukaliśmy zaciekle, zamiast odpocząć jak reszta grupy. Za żółtym! – krzyczy Szarotka, która przestudiowała opis kesza wraz z podpowiedzią. Jak za żółtym, to za żółtym. Zaczęliśmy więc od znaku z kierunkami szlaków, na której były żółte elementy, sprawdziliśmy tablicę informacyjną która również miała jasną kolorystykę, niestety nie przyniosło to spodziewanych efektów. Sytuacja zaczynała być nieco stresowa, ponieważ większość naszych towarzyszy ruszyła w dalszą drogę, a my wciąż byliśmy tuż obok kesza, nie mając go jednak w rękach. Olśnienie przyszło niemal w ostatnim momencie i wymagało przebiegnięcia na drugą stronę drewnianej kładki oddzielającej nasze miejsce postoju od żółtego szlaku wiodącego w inną niż Sokolia dolina stronę. Efekt za to wart był starań, gdyż keszem kazało się stare, drewniane pudełko wyglądające jak ukryty przez dawnych podróżników skarb. Naprawdę, znalezienie takiej skrzynki z dala od cywilizacji, wśród dzikiej natury, tuż przed zbliżającą się walką z własnymi lękami jest czymś, co pobudza wyobraźnię i daje dużo więcej satysfakcji niż odszukanie tuzina tzw. parapetówek. Kto do tej pory nie próbował, koniecznie powinien to zrobić!

Keszomaniacy - Maniacy w Raju - cz. 2 3

Nam poszczęściło się podwójnie, bo znalezienie kesza to jedno, ale znalezienie w środku drewniaczka, to już wygranie losu na loterii. Przy okazji wyciągnęliśmy z tej puszczy misia podróżnika, który czekał w środku z nadzieją na to, że ktoś go przygarnie pod swoje skrzydła. Po wpisie i odłożeniu skrytki, w tempie ekspresowym posililiśmy się przed dalszą podróżą i ruszyliśmy przed siebie spojrzeć śmierci w oczy. Ruszyliśmy w głąb Sokoliej doliny.

Sokolia dolina uważana jest za jeden z najdzikszych wąwozów na terenie Słowackiego Raju. W niej właśnie znajduje się Wodospad Welonowy, w górę którego będziemy podążać najwyższym, liczącym aż 75 metrów i mającym niemal 40 lat systemem drabin, kładek i mostów.

Keszomaniacy - Maniacy w Raju - cz. 2 6
Wychodzenie po pionowej drabinie, mając po swojej lewej stronie otwartą przestrzeń wąwozu, będąc niemal na wyciągnięcie ręki od spadającej z impetem górskiej wody jest przeżyciem niewątpliwie wartym tego, by wybrać się do tej krainy. Stopień po stopniu, metr po metrze zbliżający się do końca pionowej ściany wędrowiec w zależności od własnych predyspozycji albo delektuje się urokiem tego miejsca, albo walczy ze swoimi lękami i słabościami. W każdym jednak przypadku jest on wygranym (no chyba, że spadnie).

Keszomaniacy - Maniacy w Raju - cz. 2 4Po pokonaniu Welonowego Wodospadu droga jest już prosta, dająca czas i możliwość na odreagowanie i obniżenie poziomu adrenaliny. A tuż za nią, na strudzonych wędrowców czeka afrobałwan, sprawdzający czy wszyscy są cali i raczący dobrym słowem przed dalszą drogą.

Przed nami nie będzie już ekstremalnych przejść, będzie za to przyjemny szlak wiodący leśną ścieżką, na którym pozostanie tylko uporanie się z coraz bardziej dającymi o sobie znać nogami. Przebyte w twardych, górskich butach kilometry zaczynały być już odczuwalne, zwłaszcza na ostatnich zejściach, tuż przed Podlesokiem, w którym i tym razem miała koniec nasza wyprawa. W Podlesoku zaś przyszło nam się zmierzyć po raz kolejny ze słowacką logiką…

Jeden z obiektów restauracyjnych w Podlesoku miał duży budynek przeznaczony dla tych, którzy chcieliby usiąść przy stoliku i zjeść będąc wewnątrz oraz małą przybudówkę, w której można było zamówić jedzenie i picie na wynos. Keszomaniacy - Maniacy w Raju - cz. 2 8Ustawiliśmy się w kolejce do przybudówki chcąc kupić ciemne piwo – na wynos. Razem z nami stał jeden z naszych towarzyszy podróży, który usłyszał jak obsługująca pani informuje kogoś przed nami, że ciemnego piwa u niej nie ma, ale jest za to w „dużym” lokalu. Kierując się instynktem nasz towarzysz udał się więc od razu do budynku głównego, bo po co czekać skoro i tak tutaj nie mają tego czego chce? Nie minęły 2 minuty jak wrócił ze spuszczoną głową i bez piwa. Żelazna logika Podlesoka nakazywała czekać w kolejce do przybudówki, żeby pani mogła z niej przejść do budynku głównego i tam nalać ciemnego piwa (oczywiście w przypadku kiedy klient się uparł i nie dał się zniechęcić), po czym wracała do przybudówki i podawała owe piwo z kwaśną miną. A jak klient chciał sam sobie kupić w budynku głównym to mu odmawiano, bo przecież tam jest dla tych co chcą siedzieć w środku. Banalnie prosty, utrzymujący kolejkowy constans lub przyrost (w zależności od warunków) i przynoszący niewątpliwie potężne profity system organizacyjno-biznesowy owego lokalu zrobił na nas spore wrażenie. Polecamy!

Dzień zakończyliśmy na kolejnym ataku przeklętego letterboxa, który jak na złość nie chciał się za żadne skarby znaleźć. Pomimo tego, że doszliśmy na wytypowane przez nas miejsce za dnia, kesza nie udało nam się podjąć. Głębia myśli i wymiany zdań w tym doniosłym momencie nie nadaje się do zacytowania, więc zdradzimy tylko tyle, że pełni spokoju i nadziei udaliśmy się do pokoju celem przestudiowania terenu na Google Street View. Efekt był taki, że wytypowaliśmy drugą, bardziej prawdopodobną lokalizację, jednak na tyle oddaloną od naszej bazy noclegowej, że musieliśmy spisać tego letterboxa na straty. Nici z naszej pierwszej zagranicznej skrytkowej pieczątki. Tymczasem wielkimi krokami zbliżał się ostatni dzień wyjazdu, a wraz z nim Zejmarská roklina i Havrania skala do zdobycia.

Dzień trzeci – wygnanie z Raju.

Nie ma to jak wstawać o 6 rano w wolny weekend. Niby Raj, ale wyspać się nie da. Śniadanie było o tej samej, wczesnej porze co w drugim dniu, z tym że o 8:00 mieliśmy być przy autokarze z całym naszym dobytkiem, ponieważ plan wycieczki nie przewidywał powrotu do ośrodka. Pogoda znów zachęcała do wyjścia na szlak, a Szarotka niemal od samego rana dostawała pochwały za przygotowanie Sernika Wędrowca, który ewidentnie przypadł wszystkim do gustu. Przy okazji wyszło na jaw, że kiedy my bezskutecznie szukaliśmy letterboxa, reszta zajadała się magicznym ciastem z takim apetytem, że nie dla każdego starczyło. Za to Ci, którzy mieli na tyle szczęścia, że się załapali nie szczędzili Szarotce słów uznania. Miły akcent na początek dnia.

Keszomaniacy - Maniacy w Raju - cz. 2 9Punktualnie o 8:00 ruszyliśmy na ostatnią trasę naszego wyjazdu. Czekało nas przejście najkrótszym z rajskich kanionów – Zejmarską rokliną oraz zdobycie jednego z najwyższych szczytów Słowackiego Raju – Havraniej skały liczącej 1156 m n.p.m. Po zakupie biletów w mobilnej kasie polowej ruszyliśmy żwawym krokiem na spotkanie przygody.

– Czekaj! – mówi Szarotka trzymając telefon z odpaloną aplikacją do szukania keszy w dłoni – 50 m w tamtą stronę jest kesz! Idziemy? – mówi nie odrywając wzroku od telefonu i wskazując jednocześnie ręką na pionową, skalną ścianę.
– Oczywiście, prowadź – mówię z troską i czekam na reakcję.

Zejmarská roklina była idealnym podsumowaniem naszych zmagań w rajskiej krainie. Było kilka małych drabinek, kilka „stupaczek” oraz kilka niewielkich kaskad, jednak niewielka ilość tego typu atrakcji oraz tylko ok. 800 metrów wąwozu powodowało, że trasa nie była bardzo wymagająca, ale też się nie dłużyła. Wszystkiego po trochu, w idealnie wymierzonych proporcjach. Ta część podróży kończyła się na płaskowyżu Geravy, na którym znajduje się górskie schronisko i… Multi-kesz, którego nie omieszkaliśmy podjąć, a w którym czekały na nas drewniane, okrągłe skarby do kolekcji. Po chwili odpoczynku i posilenia się przed dalszą wędrówką ruszyliśmy na Havranią skałę, będącą ostatnim punktem naszej wycieczki.

Keszomaniacy - Maniacy w Raju - cz. 2 13Droga na Havranią skałę wiodła przez zalesiony teren, gdzieniegdzie przecinając niewielkie łąki, schodząc w dół, po to by za chwilę piąć się w górę. Generalnie trasa stanowiła przyjemny spacer, na dodatek usłany keszami. Prosta, tradycyjna skrzynka czekała na podjęcie przy okresowym źródle (Občasný prameń), które raz bije, raz nie bije, a jak już bije to nawet z mocą ponad 45 litrów na sekundę. Źródło to jest wyjątkowe, stanowi unikat przyrody i może właśnie dlatego udało się Markowi znaleźć przy nim kesza bez żadnego wspomagania mapą czy choćbym wskazówką.

Zaiste tajemnicze to miejsce. Przy okazji naszym dziwnym zachowaniem zaczęli się interesować inni uczestnicy wycieczki i kto wie? Może ktoś z nich zaczął już szukać zarażony keszomanią? Będziemy się tej sprawie przyglądać.

Keszomaniacy - Maniacy w Raju - cz. 2 12Podejście na szczyt było momentami dosyć strome, urozmaicone rożnych rozmiarów zagłębieniami skalnymi, tworzącymi czasami całkiem sporych rozmiarów jaskinie. Nie straszne nam jednak były żadne przeszkody, bo telefony pokazywały, że na szczycie czeka na nas plastikowa nagroda o rozmiarze 2 gwiazdek, trudności 2 oraz trudności terenu 3,5. Przyznajemy, że znalezienie zajęło nam chwilę, pomimo pomocy kilku osób z grupy, które zamiast odpoczywać i podziwiać panoramę, szukały wytrwale razem z nami. Nie obyło się bez odpalenia roamingu na transfer danych i użycia kompasu, ale opłaciło się, bo w środku znowu czekało na nas wypalone drewienko (ku uciesze Szarotki).

Co tu dużo mówić, przygoda dobiegała końca. Na horyzoncie zaczęły pojawiać się złowrogie chmury, zupełnie tak jakby chciały nas wygnać z tego górskiego Edenu, a my nie chcąc się narażać na gniew Matki Natury ruszyliśmy w dół, zmierzając do Kanionu Strateńskiego, z którego było niedaleko do czekającego na nas autokaru. I mógłbym napisać, że udało nam się z Szarotką tuż przed końcem trasy zgubić szlak (na szczęście szybko się zorientowaliśmy i wróciliśmy na dobrą drogę), ale nie napiszę, bo wtedy nasz autorytet profesjonalnych wędrowców trafi szlag. Nie jest jednak tak, że Słowacki Raj wygnał nas bezlitośnie, nie zostawiając nic w zamian. Otóż przy samym końcu czekały na nas jeszcze dwa kesze, jeden założony w bardzo urokliwym miejscu, przy niewielkim wodospadzie, drugi zaś będący finezyjnie skonstruowaną skrzynką, nawiązującą wręcz rewelacyjnie do obiektu, który przedstawiał, a którym był drogowy tunel.

Keszomaniacy - Maniacy w Raju - cz. 2 14

Każde znalezienie wiązało się z większym zainteresowaniem grupy, która coraz śmielej pytała o co w tym wszystkim chodzi i mamy nadzieję, że kolejnym razem również znajdą się osoby chętne pomóc nam przy szukaniu górskich skarbów. W momencie wejścia do autokaru na przedniej szybie pojazdu zaczęły pojawiać się pierwsze krople deszczu. W taki oto sposób rajska kraina jednoznacznie pokazała, że już nam wystarczy i nie życzy sobie dłużej naszej obecności w jej dzikich, ale i pięknych progach. Ruszyliśmy więc w stronę przyziemnej codzienności, niczym grzesznicy wygnani z bram nieba…

Posłowie.

Sernik okazał się być hitem tego lata, na tyle udanym, że stanowczo domagano się ujawnienia przepisu na niego. Stąd też, na pasku bocznym naszej strony możecie zobaczyć podlinkowany kawałek ciasta, do zrobienia którego zachęcamy wszystkich wędrowców (w końcu jest to Sernik Wędrowca), ale również keszerów, bo przecież keszowanie również nierzadko wiąże się z wędrowaniem.

Sokrates był wielce niezadowolony, że musi wracać do domu. Żeby zamanifestować swoją dezaprobatę ukrył się tak, że szukaliśmy go z kolegą prawie 20 minut. Kolega mało nie dostał palpitacji serca w obawie, że kot jakimś cudem uciekł z domu, ja mało nie zszedłem na zawał w obawie, że on zejdzie, a sądząc po minie kota, można było odnieść wrażenie, że życzy nam obu z całego kociego serca rychłego, definitywnego zejścia, zarówno z jego drogi jak i całego tego padołu łez.

Podsumowanie wycieczki

Oprócz doznań estetycznych, towarzyskich i intelektualnych, które są niepoliczalne, możemy pochwalić się kilkoma cyferkami zdobytymi w trakcie wyprawy:

Przebyliśmy w sumie 42 kilometry
Zdobyliśmy 61 punktów do odznaki GOT
Znaleźliśmy 9 skrzynek (1 multi, 1 zagadka i 7 tradycyjnych)
Znaleźliśmy kilka słowackich drewniaczków (sam już nie pamiętam ile, bo Szarotka za szybko je chowała i ona też się pogubiła w ich liczeniu). Tyle ile znaleźliśmy słowackich, tyle też zostawiliśmy swoich PWG na rajskich szlakach.
Do naszych książeczek górskich doszło również 11 nowych pieczątek.

Przywieźliśmy ze sobą także całą masę wspomnień, doznań i przygód, którymi po części podzieliliśmy się z naszymi czytelnikami w niniejszym tekście. Tak, żeby każdy mógł poczuć się choć przez chwilę jak w Raju. 😉

autor Keszomaniacy

Dodaj komentarz

loading
×
%d bloggers like this: