decoration decoration decoration
decoration
leaf leaf leaf leaf leaf
decoration decoration

Maniacy w Raju – cz. 1

Keszoamaniacy - Maniacy w Raju - cz. 1 1

Powolutku, małymi kroczkami, niczym surykatki wychylamy nasze główki z norki i zaglądamy nieśmiało w stronę odległych, niezbadanych przez nas krain, w których czaić się mogą czekające na podjęcie skrzynki. Mylą się Ci, którzy myślą, że nasze terytorium ogranicza się do Krakowa, Małopolski i województw ościennych. Przecież nie bez powodu Krakesz trzyma w łapach cały świat! Czas naszej ekspansji zbliża się wielkimi krokami, a na pierwszy kierunek wojaży wyznaczyliśmy sobie górski Eden u naszych sąsiadów. Zapraszamy razem z nami na wycieczkę do pięknej krainy, w której podziw przeplata się z lękiem, a każdy podszyty adrenaliną wdech powietrza jest niczym konsumpcja boskiej ambrozji. Zapraszamy do krainy roklin, potoków i wodospadów – Słowackiego Raju.

Nie jest tak, że nigdy nie byliśmy za granicą. Nie jest też tak, że nigdy za granicą nie znaleźliśmy żadnego kesza. Prawdą natomiast jest to, że wyprawa do Słowackiego Raju była pierwszą naszą wyprawą poza granice Rzeczypospolitej pod znakiem Keszomaniaków i choćby z tego względu była dla nas wyjątkowa. Zwłaszcza, że tym razem nie jechaliśmy sami, a ze zorganizowaną grupą wędrowców (nie licząc organizatorów, nie poszukiwaczy).

Keszoamaniacy - Maniacy w Raju - cz. 1 2Trzydniowa wycieczka organizowana była przez dwójkę doświadczonych górołazów – Dorotę i Marka Szala, którzy prowadzą popularngo bloga o tematyce górskiej www.gorskiewedrowki.blogspot.com. Mieliśmy już wcześniej przyjemność uczestnictwa w organizowanych przez ten duet wycieczkach i z ręką na sercu stwierdzamy, że ich renoma jest w pełni zasłużona. Oprócz naszych subiektywnych odczuć świadczyć o tym może również fakt, że listy na wycieczki zapełniają się w kilka dni od ich ogłoszenia i tym, którzy prześpią odpowiedni moment, pozostaje lista rezerwowa zwana listą śpiocha. Skoro mieliśmy kogoś, kto zaplanuje trasę, załatwi przejazd i zadba o napełnienie naszych wiecznie pustych brzuszków, pozostało nam zająć się tym, co Keszomaniacy lubią najbardziej – mianowicie skrytkami.

Baza noclegowa mieściła się w Nowej Spiskiej Wsi, w której byliśmy już rok temu i gdzie mieliśmy kilka znalezień na koncie, dlatego w tym roku naszym oczkiem w głowie był jedyny letterbox znajdujący się w okolicy. Miało to związek z pieczątkowym szaleństwem, jakie nas ogarnia przy tego typu wyjazdach. Oprócz tego dzień przed wyjazdem rozwiązaliśmy jedną zagadkę i te dwie skrytki były dla nas tegorocznym celem po zejściu z gór. Oprócz tego oczywiście mieliśmy w planach kontrolować trasę przejścia pod kątem trudno dostępnych keszy ukrytych na rajskich szlakach. Specyfiką górskich poszukiwań jest to, że wydający się być na wyciągnięcie ręki kesz w terenie może znajdować się na sąsiednim szczycie oddzielony dziką doliną, dlatego postanowiliśmy na bieżąco kontrolować trasę i atakować tylko te schowajki, które były centralnie na naszej drodze, bez zbaczania ze szlaku. Co z tego wyszło? Jak to zwykle bywa sukcesy przeplatały się z porażkami.

Dzień pierwszy.

Tym razem mieszkania pilnował Krakesz, którego postanowiliśmy nie brać w ekstremalny teren w obawie o jego zdrowie i kondycję. Poza tym Sokrates zażądał zaporowej ceny 0,5 kg wołowiny i dwóch filetów z kurczaka za ochronę, na którą nie mogliśmy przystać, uznając to za rozbój w biały dzień.

– Sokrates, dwa filety z kurczaka i kawałek polędwiczki to jest maks co Ci możemy dać – mówię do patrzącego na mnie z pogardą kota.
– Chyba kpisz marny ludku! Z wołowiny nie zrezygnuję. Ja nie jestem pies, żeby się byle ochłapem zadowolić! – odburknął drapieżnik – jeszcze będziecie chcieli… – odwrócił się do nas tyłem – kiciusia pogłaskać – rzucił w naszą stronę po czym wyszedł z pokoju.

Nie przewidział jednak, że ma już konkurencję do tej fuchy i w efekcie wyjechał na przymusowe wakacje do naszego dobrego znajomego. Jak to koty mają w zwyczaju, tak i nasz futrzak spadł na cztery łapy, bo zarówno metraż do figli u kolegi jak i ilość przeszkód terenowych do pokonywania są dużo większe niż u nas.

Keszoamaniacy - Maniacy w Raju - cz. 1 3

Wyjazd zaplanowany był o godzinie 6:00, co dla jednych jest już rankiem, dla innych zaś środkiem nocy. Dla nas natomiast taka pora wyjazdu jest barbarzyństwem, choć niestety uzasadnionym. Trzy dni, dwa plecaki, jedna torba, dwie reklamówki i brytfanka z sernikiem – tak prezentował się nasz ekwipunek gastronomiczno-górsko-keszerski. Co do sernika, to miał już być na poprzedniej wycieczce, jednak nie dotarł na miejsce zbiórki. Szarotka go zrobiła, ale… zapomniała ze sobą zabrać. A jest to sernik niezwykły, bo dodający sił i poprawiający orientację w terenie – Sernik Wędrowca, który de facto zrobił furorę wśród innych uczestników wycieczki.

Podróż w kierunku granicy przebiegała spokojnie i bez przeszkód. Marek opowiadał o historii gościńca wiodącego w góry dzisiaj nazywanego Zakopianką, a Ci których nie morzył już sen, mogli dowiedzieć się również ile dawniej trwała podróż do Zakopanego, jaki był jej koszt oraz kto miał swój wkład w rozpropagowanie Zakopanego jako uzdrowiska. Oprócz tego można było zgarnąć parę ciekawych informacji na temat mijanych miejscowości, kościołów czy widocznych z daleka szczytów górskich, w tym Matki Niepogód, na której mieliśmy być przy okazji eventu 4 Beskydská piva 2016, o którym możecie przeczytać tutaj.

Tegoroczny wyjazd do Słowackiego Raju był już trzecim wyjazdem z serii wycieczek mających na celu poznanie tej krainy, a odbywał się pod nazwą „Słowacki Raj 3 – Tam gdzie nie byliśmy”. My mieliśmy przyjemność uczestniczyć w drugiej edycji, a zarówno druga, jak i pierwsza były organizowane przez tą samą parę. W trakcie jazdy każdy z uczestników otrzymał broszurę z niezbędnymi informacjami przeznaczoną na dany dzień chodzenia. Trasa, czas przejścia, kolor szlaku, rozpiska punktów do książeczki GOT, numery telefonów zarówno te alarmowe jak i do prowadzących wycieczkę oraz podstawowe informacje o odwiedzanych miejscach okazywały się niejednokrotnie przydatne, zwłaszcza przy zmianie szlaku i rozpisywaniu książeczki. Pełna profeska.

Keszoamaniacy - Maniacy w Raju - cz. 1 4

Zanim wyruszyliśmy na szlak zatrzymaliśmy się przy Dobszyńskiej Jaskini Lodowej, którą mieliśmy okazję zwiedzić. Wyjątkowość tej jaskini polega na tym, że znajduje się ona na wysokości dużo niższej niż 1000 m n.p.m., a objętość znajdującego się w niej lodu wynosi ponad 110 tys. metrów sześciennych. Ponoć swego czasu przygotowywali się w niej do zawodów słowaccy łyżwiarze, choć osobiście sobie tego nie wyobrażam. W 2000 roku została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO i z całą pewnością można powiedzieć, że jest to jedna z najcenniejszych jaskiń lodowych na świecie. Tych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej na jej temat odsyłamy do artykułu „Czas na sequel Słowackiego Raju” autorstwa Marka, gdzie dowiecie się między innymi skąd w niej tyle lodu, kiedy została Keszoamaniacy - Maniacy w Raju - cz. 1 11spenetrowana oraz jak rozległe są jej korytarze. Prawdziwa gratka dla miłośników EarthCachy oraz wszystkich nieposzukujących skrzynek pasjonatów geologii. Skoro jaskinia jest jedną z najcenniejszych to i bilety kosztować muszą. Za przyjemność przejścia lodowymi korytarzami zapłacić trzeba 8€ (bilet normalny), a miłośnicy fotografii będą musieli dodatkowo wykupić pozwolenie na robienie zdjęć. Koszt – 10€. Czas zwiedzania to ok. 30 minut, więc nawet w krótkich spodenkach idzie przeżyć. Niewątpliwie jest to obiekt wart zobaczenia, szczególnie dla osób interesujących się geologiczną tematyką. A przy okazji kolekcjonerzy pieczątek mogą zgarnąć dwie nowe zdobycze – w sklepiku po drodze do wejścia oraz przy okienku z pamiątkami mieszczącym się obok kasy.

Keszoamaniacy - Maniacy w Raju - cz. 1 5Po tym krótkim spacerze do wnętrza Ziemi nadszedł czas na wędrówkę po jej powierzchni, a dokładniej po wapiennym wąwozie Piecky znajdującym się w rajskiej krainie. Nikt nie opisze lepiej przebytej trasy niż prowadzący nas po niej przodownik (Piecky oczami przodownika), jednak mimo tego spróbujemy coś powiedzieć o wrażeniach z wędrówki.

Wąwóz Piecky, jak z resztą większość wąwózów w Słowackim Raju, obfituje w ciekawe i dające wiele wrażeń przemierzającym go wędrowcom atrakcje. Spływający Pieckym potok Píl’anka tworzy dosyć spore wodospady, w górę których należy się wspiąć po specjalnie do tego celu ustawionych drabinach. Dodatkowego dreszczyku emocji dodaje fakt, że szlak jest jednokierunkowy i po wejściu na pierwszą drabinę nie ma już odwrotu. Albo przełamiesz swoje słabości, albo pozostaniesz w Raju na zawsze (ku uciesze chcących iść dalej turystów, bo są miejsca gdzie wyprzedzić się nie da). Co tu dużo mówić, wiele do życzenia pozostawiał nasz sprzęt wspomagający szukanie keszy (problem z zasięgiem oraz z lokalizacją), dlatego postanowiliśmy tego dnia skupić się na urokach przemierzanej przez nas trasy i oderwać się na chwilę od keszowania. Nie wyszło nam to na złe, bo trasa naprawdę była piękna…

Keszoamaniacy - Maniacy w Raju - cz. 1 7

Po kilkunastu minutach marszu w górę potoku doszliśmy do pierwszego punktu, w którym odsiewa się ziarno od plew, prawdziwych twardzieli od maminsynków, ludzi nie bojących się spojrzeć śmierci w oczy od tych, którzy nie otwierają lodówki z obawy przed dostaniem zapalenia płuc.

Keszoamaniacy - Maniacy w Raju - cz. 1 9Doszliśmy do Wielkiego Wodospadu i dwunastometrowej drabinki prowadzącej niemal pionowo w górę równolegle do spadającej z impetem wody. Grupa była mocna – nikt nie stchórzył. Przed wyjściem na drabinę ustawiła się kolejka, gdzie każdy w skupieniu oczekiwał na swoją kolej (przy okazji robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia na tle wodospadu). Powoli, stopień za stopniem, metr po metrze wspinali się do góry po trzęsącej się konstrukcji nie wiedząc co ich czeka dalej. Ja i Szarotka staliśmy na końcu kolejki niemal zamykając grupę. Niemal, bo jedyną uprawnioną zamykającą była Dorota, która swoje zadanie wykonywała z chirurgiczną precyzją nie pozostawiając za sobą nikogo, nawet o krok. W tym też miejscu zdarzył się keszerski cud…

Podchodząc do drabiny spojrzałem pod nogi w celu wybrania stopnia startowego, nie spodziewając się tego co ujrzałem. Widok, który ukazał się moim oczom przyprawił mnie o zawrót głowy. Pod drabinką, kilka centymetrów od mojej nogi, leżała całkowicie osamotniona preforma PET, w środku której widoczny był kawałek papieru z dobrze nam znanym logo geocaching.com.

Nie może być! – pomyślałem po czym bez wahania sięgnąłem po pojemnik. Radość, jaką sprawia całkowicie przypadkowe znalezienie kesza w trudno dostępnym górskim terenie, tuż przed wyjściem na wysokość drugiego piętra bez żadnych zabezpieczeń, jest nie do opisania.

Podniosłem proformę i triumfalnie przekazałem ją Szarotce by mogła dokonać wiekopomnego wpisu. Słowacki Raj przywitał nas najlepiej jak tylko mógł…

Keszoamaniacy - Maniacy w Raju - cz. 1 10

Zaiste, to kim jesteś przemierzając rajskie drabiny i kładki prowadzące nad rwącym potokiem, przeciskając się po śliskich, drewnianych stopniach przez wąską ścianę wąwozu, zależy tylko od Ciebie i Twojej wyobraźni. Możesz być cyrkowym akrobatą na równoważni, rekrutem na selekcji do wojsk specjalnych czy odkrywcą niezbadanych krain poszukującym zaginionego miasta. W ostateczności możesz też być wiecznie głodną Szarotką, albo cieszącym się z plastikowej preformy piętaszkiem. Możesz być tu dosłownie każdym.

Keszoamaniacy - Maniacy w Raju - cz. 1 8Przejście wąwozu Piecky dostarczyło nam dużo wrażeń i było dobrym wstępem do tego, co czekało nas w kolejnym dniu wycieczki. Metalowe drabiny, kaskady i drewniane schodki, będące jedynym śladem ludzkiej działalności wśród dzikiej natury, ćwiczą hart ducha jednocześnie zachwycając tych, którzy odważą się je przebyć. My się odważyliśmy i z towarzyszącym nam od pierwszego szczebla drabiny dreszczykiem emocji czekaliśmy na kolejny dzień.

Marsz kończył się w miejscowości Podlesok, gdzie mieści się niewielka baza hotelowa wraz z infrastrukturą gastronomiczną i sklepikami z pamiątkami. Jednym słowem ze wszystkim tym, co może mieć dla nas jakąś pamiątkową pieczątkę. Pomimo tego, że czas nas naglił, ruszyliśmy z Szarotką śmiało przez sklepy i stoiska pytając czy mają coś do przybicia dla strudzonych wędrowców. Efekt tego maratonu przewyższył nasze oczekiwania, gdyż niemal dwie strony w książeczce zostały zapełnione na wieczną pamiątkę naszej obecności w tym miejscu. Niby zaraz mieliśmy odjeżdżać, ale jak inni zobaczyli z jakim łupem wróciliśmy, to też ruszyli biegiem po stemple. W górach czas jest pojęciem względnym.

Keszoamaniacy - Maniacy w Raju - cz. 1 6Po zainstalowaniu się w bazie noclegowej i zjedzeniu obiadokolacji udaliśmy się na miasto w celu zaatakowania wspomnianego letterboxa i rozwiązanej jeszcze przed wyjazdem zagadki. Znalezienie kesza przy Wielkim Wodospadzie uznaliśmy za dobry znak, dlatego na poszukiwanie szliśmy pełni entuzjazmu i na dodatek w towarzystwie organizatorów całej wyprawy.

Rzeczywistość jednak szybko zatłukła nasz entuzjazm sprowadzając go do głębokiej defensywy. Cóż było zrobić? Na miejscu nie szło nic wypatrzeć i nawet światło z czterech latarek w telefonach komórkowych na niewiele się zdało. Biorąc sobie do serca atrybut mówiący o tym, że nie jest to kesz nocny, postanowiliśmy wrócić na miejsce następnego dnia o wcześniejszej porze. Na pocieszenie znaleźliśmy niemal od razu zagadkę, po czym udaliśmy się na nocny spoczynek przed kolejnym emocjonującym dniem wędrówki. Sokolia Dolina czekała…

autor Keszomaniacy


Załączone zdjęcia pochodzą ze zbiorów własnych oraz Doroty i Marka Szala.
Komentarze (2)
  • Bożena Kubiak   /   Sierpień 29, 2016., 6:07 pmReply

    Dlaczego ja mam w życiu takiego pecha? Dwa razy byłam w tym Słowackim Raju i NIGDY ŻADNE kilpsiaki, preformy, ani nawet marne bizony nie wpdały mi pod nogi :(

    • Keszomaniacy   /   Sierpień 31, 2016., 2:58 pmReply

      Może to nie Ty masz pecha, tylko my mieliśmy nadzwyczajne szczęście??

Dodaj komentarz

loading
×
%d bloggers like this: