decoration decoration decoration
decoration
leaf leaf leaf leaf leaf
decoration decoration

Na linii frontu – w Młodziejowskim Lesie

 

     Las Młodziejowski – o serii

Przyznaję, że lubię serie keszy zlokalizowane na łonie natury, do zdobycia których wymagane jest przejście kilku kilometrów wśród drzew, ptaszków i innych zwierzątek. Taki mały fetysz, zwłaszcza że zdobyte przeze mnie do tej pory serie (W cieniu samolotów oraz Dolina Grzybowska, o których mogliście już przeczytać na keszomaniacy.pl) bardzo mi się spodobały zarówno pod kątem wykonania skrzynek jak i ich umiejscowienia. Tym bardziej byłem ciekaw jakich wrażeń dostarczy zdobywanie serii Las Młodziejowski autorstwa Bamboleona (o którym również już pisałem) oraz dominikceda. Zapraszam do wspólnej wędrówki (ostatniej w towarzystwie Szarotki) po dawnej granicy zaborców Austro-Węgier i Rosji, a dzisiejszym terenie Dłubniańskiego Parku Krajobrazowego – Lasu Młodziejowskiego.

Dłubniański Park Krajobrazowy, którego częścią jest cel naszej wyprawy, zlokalizowany jest na terenie 6 podkrakowskich gmin i zajmuje powierzchnię ok. 11 000 ha. Jak już wspomniałem przebiegała tutaj granica Austro-Węgier i Rosji, wzdłuż której rozstawione były tzw. Posty, czyli posterunki strażników granicznych. Samo przejście graniczne znajdowało się natomiast w Michałowicach. W 1914-15 roku przez Las Młodziejowski przebiegała linia frontu, której pozostałości w postaci okopów i głębokich jarów można znaleźć do dziś. Obecnie teren ten pełni funkcje sportowo-rekreacyjne, będąc doskonałym miejscem na spacery, zbieranie grzybów, a także dla miłośników terenowych zjazdów rowerowych. Od czerwca 2016 roku jest także obowiązkowym do odwiedzenia punktem na mapie każdego, mającego podobne do moich fetysze, keszera.

Na serię Las Młodziejowski składa się z 19 skrzynek, w tym 15 tradycyjnych, 1 multi-kesza, 1 letterboxa oraz dwóch skrzynek oznaczonych na mapie ikonką z pytajnikiem (w tym pojemnik finałowy, do którego współrzędne otrzymamy po zdobyciu całej reszty). Pomimo tego, że opisywana seria zlokalizowana jest zaledwie parę kilometrów od naszej kwatery głównej, to wiele razy słońce wstawało nad Krakowem zanim udało nam się ją zaatakować. Tak blisko, a tak daleko…

       Keszomaniacy w lesie – zdobywamy serię!

Pierwsze podejście zakończyło się dla nas jeszcze zanim się zaczęło. Owszem, zebraliśmy się, pojechaliśmy na współrzędne oznaczone jako parking i… z nieba lunął taki deszcz, że odechciało nam się czegokolwiek, o chodzeniu po lesie nie wspominając. Wychodzimy z założenia, że szukanie ma sprawiać przede wszystkim przyjemność, a chodzenie w deszczu po nieznanym terenie do takowych w naszym mniemaniu się nie zalicza. Atak musiał więc zostać przełożony na bardziej sprzyjający czas.

Drugie, i w zamierzeniu ostatnie, podejście nastąpiło w dzień Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Kto wie, może gdyby Szarotka nie czuła nieodpartej chęci chwalenia się naszymi drewniaczkami i nie umówiła się w tym celu z rodzicami, nasze poszukiwanie skończyłoby się większym sukcesem? No i gdyby nie pusty brzuch piętaszka, któremu głód nie pozwalał na kręcenie nosem na zaproszenie, zwłaszcza że obiecany był ciepły posiłek dla strudzonych poszukiwaczy. Naglący czas i fizyczny brak jednego kesza, uniemożliwił jednak zdobycie całej serii wymuszając na nas powrót w te rejony. Chociaż w tym dniu zdobyliśmy większość pojemników z serii…

Początek przygody zaczyna się tuż przy parkingu, gdzie należy policzyć współrzędne do multikesza…

– Co tam trzeba zrobić? – pytam Szarotki, która odpalała swoją wszechwiedzącą geoaplikację – będę liczył w pamięci! – oznajmiam z dumą. Szarotka popatrzyła ni to podejrzliwie, ni z politowaniem i zaczęła czytać opis… – Cache to typowe bardzo proste Multi. Aby dotrzeć do pojemnika finałowego, w punkcie startu policz ilość białych pasów na szlabanie i oznacz jako A – to nietrudne zadanie wykonałem w mig, po czym zacząłem czekać na kolejne.. – Obok szlabanu znajdują się dwie tabliczki – czyta dalej Szarotka – Ilość wersów na górnej tabliczce oznacz jako B, ilość drzew widocznych na tej tabliczce oznacz jako C… – stój! Jakie tabliczki?! – pytam rozglądając się dookoła nie widząc ani jednej!  – No tabliczki – mówi zdezorientowana Szarotka. Patrzę przed i pod siebie, wypatruję wspomnianych tablic w koronach drzew, przeszukuję również trawę w nadziei, że może leżą gdzieś zapomniane i czekają na odnalezienie. Niestety poszukiwania okazały się być bezowocne. – Nie ma! – mówię do Szarotki niemal ze łzami w oczach wiedząc, że brak pierwszego kesza nie wróży dobrze na dalszy ciąg wyprawy. – No nie ma – odpowiada niewzruszona Szarotka  – w sumie to teraz widzę, że kesz jest zawieszony przez autora właśnie z powodu tych tablic – dodaje ze stoickim spokojem. – Rychło w czas – odburknąłem i ruszyliśmy leśną ścieżką po kesza oznaczonego jako #2.

Osoby lubiące podążać wydeptanymi ścieżkami mogą czuć się mocno zawiedzione niniejszą serią. Autorzy postanowili porządnie przeczołgać pragnących zaliczyć wszystkie młodziejowskie skrytki keszerów po krzakach, pokrzywach i gęstych zaroślach. Momentami byliśmy nawet zmuszeni przedzierać się przez bagnisty teren, co mogło być skutkiem wcześniejszej pogody i dosyć obfitych deszczy. Dla jednych to plus, dla innych minus, co widać w komentarzach. Jak wspominał Bamboleon trasa opracowywana była zimą, kiedy krajobraz wygląda nieco inaczej, stąd efekt może jest nie do końca zamierzony. Dla nas trasa okazała się być bardziej wymagająca niż się spodziewaliśmy, jednak potraktowaliśmy to jako nieoczekiwane wyzwanie do podjęcia, któremu bez wahania (choć z marudzeniem piękniejszej połowy naszej drużyny) stawiliśmy czoła!

Pierwsze skrzynki wpadały w nasze ręce niemal od razu po przyjściu na współrzędne. Jak już wspomnieliśmy droga do nich nie była usłana różami, jednak dla chcącego nic trudnego. Samo przejście, oprócz trudów przedzierania się przez zarośla, nie obfituje w dodatkowe atrakcje – nie licząc niespodzianek przygotowanych przez samą matkę naturę.

I tak idąc w trawie wysokiej po pachy do kesza nr 6, niemal zeszliśmy z tego padołu łez na niewydolność mięśnia sercowego (a mięśnie mamy jeszcze sprawne!). Oto bowiem w jednym momencie spod moich nóg wzbiło się do lotu kilka kuropatw. Na szczęście mój szczery, słowiański krzyk pt. „K…a mać!” zagłuszył równie szczery, choć bardziej uniwersalny krzyk Szarotki pt. „Aaaaaaa!!!”, której po nodze prześlizgnął się nieznany nam gatunek węża. Plus tego jest taki, że idąca za mną Szarotka wystrzeliła do przodu jak z procy i choć na chwilę miałem ją przed, a nie za sobą.

Każda ze skrzynek, które udało nam się tego dnia podjąć była starannie ukryta i przy każdej autorzy starali się wykorzystać inny patent na maskowanie, co czyni niniejszą serię bardziej ciekawą dla poszukiwaczy. Ten kto miał już okazję szukać skrytek Krjomi Team, temu zapewne będzie łatwiej wypatrzyć pojemniki, gdyż sporo patentów ukrycia nie tyle się powtarza, co jest podobnych.

Spacerując sobie po Lesie Młodziejowskim naszła mnie pewna dość smutna refleksja. Otóż nie istnieją chyba żadne przeszkody dla ludzi nie znających alternatywy dla wyrzucania śmieci „na dziko”. Pomimo trudności terenu po którym się poruszaliśmy, niemal w każdej, nawet najbardziej oddalonej od głównej drogi części lasu, można było natknąć się na niewielkie dzikie wysypiska z pustych butelek, złomu czy zużytych opon. Zacząłem się nawet zastanawiać czy syfiarze podrzucający śmieci do lasu nie konkurują ze sobą w tym, kto rzuci swoje odpady w bardziej niedostępnym miejscu? Być może w śmieciowym podziemiu trwa rywalizacja o to, kto zostanie Królem Syfu? Nie wiem, ale po jakimś czasie naprawdę odpady zaczynały być dokuczliwe, przynajmniej dla nas.

#11 – tutaj kluczowe jest podejsc kesza od dobrej strony, wtedy widać go od razu” czytam w pozostawionym przez Kisię & Mr. Deadheada logu, chodząc jednocześnie w kółko i próbując znaleźć niniejszy pojemnik. Szarotka została na drodze, którą szliśmy po kesza zagadkę żeby nie zgubić tropu, a ja w nadziei na szybkie znalezienie ruszyłem na samotne poszukiwanie tradycynej skrzynki znajdującej się nieopodal. Ledwo się oddaliłem od Szarotki i mój telefon zaczął wariować. Wyglądało to tak, jakbym przemieszczał się po lesie skokowo, jak na złość za każdym razem omijając ikonę skrytki. Przejście kółka w jedną i drugą stronę nie zaowocowało podejściem od „dobrej strony” i kesza jak nie było, tak nie ma. Cóż było robić? Postanowiłem wezwać na odsiecz moją towarzyszkę. Oczywiście telefonicznie, bo kto by szedł skoro może zadzwonić…

– Halo! Słyszysz mnie?! – mówię do telefonu nieco podniesionym głosem, gdyż emocje zaczynają brać górę – nie mogę tego znaleźć! Chodź tu i mi pomóż, bo GPS mi wariuje! Co?! – Nie drzyj się – syczy Szarotka do słuchawki – stoję przed Tobą i dobrze Cię słyszę bez telefonu – mówi i faktycznie wyłania się zza krzaka, który był parę metrów ode mnie. Nie mam pojęcia skąd się tam wzięła, ale wyszło dość zabawnie, zwłaszcza że jak dzwoniłem to akurat Szarotkę mijały grzybiarki, które podejrzliwie się na nią patrzyły. Nie muszę wspominać, że wystarczył jeden rzut szarotkowego oka i kesz był w naszych rękach. Widać podeszła od dobrej strony…

Spacer przebiegał bez przeszkód i skrytki po kolei wpadały w nasze ręce. Jedne od razu, inne wymagały chwilę szukania, jednak finałem był zawsze wpis do logbooka. No prawie zawsze, gdyż jeden kesz był…spalony i nie chcąc bardziej uszkodzić logbooka, z którego dało się jeszcze odpisać kod do finału, zrobiliśmy zdjęcie mając nadzieję na wyrozumiałość założyciela. Sporo emocji wzbudził w nas letterbox, który był pierwszym w naszej keszerskiej karierze i choćby tylko z tego względu zasługuje na kilka słów…

Przed Lasem Młodziejowskim nasze doświadczenie z tym rodzajem skrytek ograniczało się tylko do czytania opisów, gdyż jakoś wiecznie brakowało czasu, żeby się po któregoś wybrać. Tym bardziej cieszyliśmy się na myśl o pierwszym fizycznym spotkaniu z letterboxem. A spotkanie to było dość dziwne. Na współrzędnych zaznaczonych na mapie nie znaleźliśmy nic. Z czytanych przez nas opisów innych letterów wynikało, że zawsze autor pisał w którą stronę należy iść, żeby móc przebić pieczątkę. Tutaj natomiast w opisie takiej wskazówki nie było, co zbiło nas trochę z pantałyku. Oczywiście jest to kolejny wynik naszej nieuwagi, gdyż po dokładnej analizie opisu temat staje się oczywisty i prosty jak drut. Jednak na miejscu uratowała nas aplikacja, która od razu wiedziała o co chodzi wskazując, oprócz miejsca umieszczenia ikony na mapie, również miejsce ukrycia pojemnika. Gdyby nie to, to zapewne ten kesz musiałby pozostać na kolejne podejście. Za to pierwsza keszowa pieczątka bardzo nas ucieszyła i mamy nadzieję, że zmotywuje nas do szybkiego powiększenia kolekcji.

Czas płynął dużo szybciej niż normalnie i nawet nie wiedzieliśmy kiedy wybiła umówiona na powrót  godzina. Na szczęście przypomniał nam o tym dzwoniący telefon… – Jedziecie? Kotlety ubiłam! – z słuchawki dobiegł głos szarotkowej rodzicielki, a na myśl o kotletach odpowiedział pusty, piętaszkowy brzuszek – Jedziemy!

No i pojechaliśmy zostawiając nieznalezione kesze na kolejne podejście, które postanowiliśmy odłożyć do czasu powrotu zawieszonego multi-kesza.

Trzy dni po naszej niedokończonej wyprawie otrzymałem maila, który sprawił że serce zabiło mi szybciej. Dominicked, będący właścicielem obserwowanego przeze mnie multi-kesza w Lesie Młodziejowskim, zamieścił log Owner Maintenance o treści „naprawione”. A skoro naprawione, to reszta serii stała przed nami otworem i nie pozostawało nam nic innego jak wygospodarować trochę czasu na jej dokończenie. Udało się tego dokonać niemal tydzień później…

Wspólny piątkowy wypad na kesze to wymarzony początek weekendu. No pod warunkiem, że weekend jest niepracujący. Nasz niestety taki nie był, ale nawet wizja porannego wstawania w sobotę nie psuła nam keszoszampańskiego nastroju. Słoneczko machało do nas promyczkami, ptaszki ćwierkały wesoło i nawet Sokratesa wzięło na figle. Atmosfera była wręcz idealna do krótkiego spaceru na łonie natury.

Dominicked tak zmienił wzór do obliczenia współrzędnych pierwszej skrzynki z serii, że wystarczy do tego sam szlaban, który ma większe szanse przetrwania niż nieszczęsne tabliczki pierwotnie będące niezbędnym składnikiem do obliczeń. Szybki rachunek z pomocą kalkulatora i już byliśmy w drodze po „mulciaka”. Intuicyjne miejsce ukrycia zostało namierzone przez nas z daleka, po czym w ekspresowym tempie w logbooku znalazły się dwa kolejne wpisy. Trzeba przyznać, że prawie cała końcówka serii szła nam tak sprawnie. Największy opór stawiał kesz nr 14, który nie dość że został zamaskowany w sposób perfekcyjny, to jeszcze ulokowany jest w miejscu, gdzie nasze telefony wręcz wariowały pokazując lokalizację. Po kilku minutach bezowocnego kręcenia się w kółko zaufaliśmy swojej intuicji i…kesz wpadł w nasze ręce w miejscu, gdzie kilka razy staliśmy przeklinając skaczącą po wyświetlaczu telefonu kropkę wskazującą nasze położenie. Po jego zdobyciu pozostało nam tylko podjąć długo oczekiwany pojemnik finałowy.

Chwała autorom za to, że bonus umieścili nieopodal parkingu! W finałowej skrytce znaleźliśmy, oprócz logbooka, przygotowane certyfikaty ukończenia całej serii, co było dla nas bardzo przyjemną niespodzianką. Przygarnęliśmy po jednym i z uśmiechem na twarzach ruszyliśmy w stronę naszego keszowozu, myśląc już o kolejnym celu keszerskiej wyprawy…

       Podsumowanie

Seria w Lesie Młodziejowskim jest serią dość wymagającą, zarówno pod względem fizycznym (spora odległość do przejścia) jak i keszerskim (różnorodne, staranne maskowanie). Ci, którzy preferują przetarte szlaki i wydeptane ścieżki mogą być nieco zawiedzeni, ale czekający na końcu certyfikat wart jest odrobiny wysiłku. Tym, którzy wybierają się na poszukiwania radzimy wziąć dobre buty oraz przygotować się na brodzenie w chaszczach i pokrzywach po pachy. Wskazane jest również zabezpieczenie się przed kleszczami i komarami, chyba że podejście planuje się jesienną lub wczesnowiosenną porą, które naszym zdaniem najlepiej nadają się na zaatakowanie niniejszej serii. Autorom dziękujemy za włożony w przygotowanie trasy wysiłek oraz pomysłowość i  dedykujemy znane polskie powiedzenie: „apetyt rośnie w miarę jedzenia” z nadzieją na to, że zechcą jeszcze zaspokoić nasze keszerskie apetyty.

Tags: geocaching, keszomaniacy, Kraków, Las Młodziejowski, powertrail, serie skrytek, skrytki, skrzynki, szukanie skarbów

Komentarze (3)
  • Verenne   /   Kwiecień 18, 2017., 7:16 amReply

    A ja własnie nie przepadam za skrytkami, które czochrają po chaszczach :/ Tzn fajne są leśne serie, ale takie bardziej spacerowe. Nic mnie tak chyba nie wkurza, jak łażenie po krzakach i bagnach w celu dotarcia do skrytki.

    • admin   /   Kwiecień 18, 2017., 7:37 pmReply

      W geocachingu, jak nigdzie indziej (!), aktualne jest powiedzenie, że dla każdego coś dobrego ;) Ja tam czasem lubię po krzakach połazić, zwłaszcza jak sobie człowiek wyobrazi, że kilkadziesiąt lat wcześniej w tej okolicy czuwali, walczyli czy okopywali się żołnierze. Taka mała podróż w czasie;) Ja z kolei nie lubię zagadek, bo z reguły nie wiem o co chodzi :D :P

  • Armineczka   /   Kwiecień 17, 2017., 4:00 amReply

    Hmm, dlaczego ja tam jeszcze nie dotarłam, skoro lubię takie serie? Sama nie wiem. Bardzo lubię przedzierać się przez chaszcze, bo mi się poezja Leśmiana przypomina :) No, a jeśli jeszcze będą to pokrzywy przerastające mnie o głowę, które pozwolą mi się poczuć jak żeńskie wcielenie Indiany Jonesa w dżungli , to po prostu trzeba wolny weekend znaleźć i pojechać.

Dodaj komentarz

loading
×
%d bloggers like this: