decoration decoration decoration
decoration
leaf leaf leaf leaf leaf
decoration decoration

II tomaszowski event w Muzeum im. Ostrowskiego

      Do Tomaszowa marsz!

Jak mawia stare polskie przysłowie: „Kto rano wstaje, temu pociąg nie ucieka”. No albo jakoś tak. Ja wstałem i mi nie uciekł (co świadczy tylko o aktualności powiedzenia!), choć wstać było ciężko. Celem mojej podróży był, oddalony od Krakowa o nieco ponad 200 kilometrów, Tomaszów Mazowiecki, który swoją ekspansję do keszerskiej świadomości zaczął w 2016 roku I tomaszowskim eventem w Skansenie Rzeki Pilicy. Jak zapewne się domyślacie, Piętaszkowi nie było dane w owym evencie uczestniczyć, ale uczynił on mocne postanowienie poprawy obiecując sobie, że na kolejne tomaszowskie geowydarzenie się wybierze. Jak się rzekło, tak się stało. W sobotni poranek, 8 kwietnia o godzinie 5:00, Piętaszek stoczył się z łóżka i powoli odzyskując świadomość, zaczął zbierać się do wyjścia. Dzień pełen geoatrakcji (i nie tylko!) właśnie się rozpoczynał.

Tegoroczny, II tomaszowski event w Muzeum im. Ostrowskiego, odbył się w ramach weekendu geocachingowego GeoŁódzkie#1, w trakcie którego, oprócz wizyty w muzeum, przybyli do województwa Łódzkiego keszerzy mogli wziąć udział w wieczorze z planszówkami w roli głównej, posprzątać las miejski na Widzewie w ramach wydarzenia CITO oraz przejść przez Łódź – śladami historii. Zazdroszczę tym, którzy mogli sobie pozwolić na udział we wszystkich atrakcjach tego weekendu, ale jednocześnie raduje się serce moje, że przynajmniej w ten jeden dzień dane mi było poznać możliwości organizacyjne łódzkich poszukiwaczy i uczestniczyć w kolejnym ciekawym keszerskim wydarzeniu. I myli się ten, kto uważa zwiedzanie muzeum za grzeczną rozrywkę dla spokojnych i ułożonych ludzi. W Tomaszowie Mazowieckim, chodzenie po muzealnych wystawach jest jednoznaczne z porządną dawką adrenaliny, współzawodnictwa i emocji. A wszystko to za sprawą (pierwszych przeżytych przeze mnie) muzealnych podchodów. Zarówno za pierwszy, „rzeczny” event, jak i tegoroczne muzealne wydarzenie odpowiadał osiolek wraz z ekipą GeoŁódzkie (qqqqkuba, r.papis, Aldavadar, a także qbiX oraz kapixxx), którzy przy współpracy z placówkami będącymi gospodarzem imprezy, zaprosili brać keszerską w tomaszowskie progi, zapewniając jej kilka godzin atrakcji naukowo-historyczno-geocachingowych. Atrakcji, na które zdecydowanie warto było wstać o 5:00 rano i przejechać te kilkaset kilometrów.

      Historia miasta i polowanie na FTF

Początki Tomaszowa Mazowieckiego sięgają rewolucji przemysłowej w XIX wieku i wiążą się nierozerwalnie z osobą hrabiego Antoniego Ostrowskiego, który rozwinął tutaj przemysł włókienniczy, doprowadzając w 1830 roku do uzyskania przez Tomaszów praw miejskich. I kto wie czy miasto to nie odgrywałoby dużo większej roli we współczesnej Polsce, gdyby nie II wojna światowa, w przeddzień której Tomaszów Mazowiecki odpowiadał za produkcję 70% dywanów w skali kraju. Funkcjonowało tu ponad 120 fabryk, a także rozwinięty przemysł chemiczny, metalowy oraz drzewny. Dziś jest to szóste co do wielkości, i czwarte pod względem liczby ludności miasto w województwie łódzkim. A od 2016 roku i wspomnianego już eventu w Skansenie Rzeki Pilicy, jest jednym z wiodących, pod względem atrakcji wydarzeń, miejsc na geocachingowej mapie województwa.

Podróż niezastąpioną Polską Koleją Państwową minęła mi w szampańskim wręcz nastroju, w stanie umysłu oscylującym między intelektualną nirwaną zatopioną w półśnie, a jawą podziwiającą mijane po drodze wiejskie krajobrazy. Świat z perspektywy kolejowego okna wygląda zupełnie inaczej. Może dlatego mam taki sentyment do tego środka lokomocji?

Ledwo wysiadłem z pociągu, a ikona Messengera pokazała nieodczytaną wiadomość od CopernicusHigh o krótkiej, aczkolwiek jednoznacznej treści – Zaczekaj, zaraz po Ciebie będziemy.

– Ki diabeł? – przyszło mi do głowy, zwłaszcza że nie podawałem dokładnej godziny mojego przyjazdu – śledzi mnie czy co? No i pytanie z kim, ta nadprzyrodzona niemal istota, chce się po mnie zjawić? Ledwo opuściłem przytulny wagon, a pytań było już więcej niż odpowiedzi. Na szczęście nie musiałem na nie długo czekać.

Nie minęło wiele czasu, a na horyzoncie pojawił się pojazd na krakowskich numerach i przy okazji wyjaśniło się, w czyim towarzystwie przybywa bohaterka niejednego piętaszkowego tekstu. A przyjechała z nie byle kim, bo z samym Prezesem Stowarzyszenia Geocaching Małopolska semaprintem i jego młodszą wersją MCMAKiem. I jak tu się nie czuć przytłoczonym, kiedy przychodzi jechać na kesze z tak ważnymi postaciami? Speszony nieco skorzystałem z zaproszenia i wspólnie ruszyliśmy na przedeventowe keszowanie.

Niemal od razu naszym łupem padła pobliska wieża ciśnień, a chwilę po niej poddała się „Przystań” nad Pilicą. Z resztą, jak mogłyby się nie poddać tak doświadczonym poszukiwaczom?! I wszystko szło dobrze, dopóki nie pojawił się dylemat, który jak myślę, niejednemu keszerowi w historii spędzał sen z powiek. Dylemat geoegzystencjalny brzmiał tak:

Czy widząc świeżo opublikowane kesze i potencjalne FTF-y do zdobycia lepiej ruszyć na w ich stronę, w nadziei na podreperowanie statystyk, ale znaleźć sumarycznie mniej skrzynek, czy odpuścić FTF-y i znaleźć więcej skrzynek z doskwierającym poczuciem zmarnowanej szansy? Konia z rzędem temu, kto ma na to gotową receptę! My zdecydowaliśmy zaatakować „świeżynki”, w stronę których pognaliśmy ile sił w nogach i koni mechanicznych pod maską.

Wszystko byłoby dobrze, i nawet szanse mieliśmy spore, gdyby nie drogowcy, a właściwie powoli powstający owoc ich pracy, ogrodzony zewsząd barierkami uniemożliwiającymi przejazd w sposób niemal totalny. W sposób, który nawet wujka Google wprowadził w konsternację! Dodatkowy problem stanowili przybyli na event poszukiwacze z najdalszych zakamarków Polski, którzy też mieli chrapkę na „nasze” keszyki, a którzy byli po drugiej, tej właściwej stronie barykady. Efekt tego był taki, że przy pierwszym FTF-ie znaleźliśmy wpis Pani Kopytkowej i jej ekipy, przy drugim zaś zastaliśmy wpisujących się happinessKP i zibiego11977. Może z tytułu pierwszego znalazcy nici, jednak najlepsze i tak dopiero miało nadejść. Przecież nieuchronnie zbliżał się czas rozpoczęcia muzealnego eventu.

 

     II tomaszowski event

Wystarczyło znaleźć się parę metrów za drzwiami ponad 200- letniego Pałacu Ostrowskich, w którym obecnie mieści się Muzeum Regionalne, żeby przekonać się, że oprócz ciekawych wystaw i eksponatów, wszystko jest dopięte na ostatni keszerski guzik pod kątem rozpoczynającego się eventu. Na wstępie każdy otrzymał pamiątkowy bilecik oraz krzyżówkę, po rozwiązaniu której można było trafić do specjalnej skrytki z fantami. Jakże się mylił ten, kto myślał, że nie będzie miał co robić! A jak się później okazało, było to tylko preludium do prawdziwej keszerskiej zabawy.

Przed oficjalnym rozpoczęciem wydarzenia, wiedziony zapachem wypalanego drewna trafiłem do stolika, gdzie czekały eventowe (i nie tylko) drewniaczki, strzeżone przez „małe osiolki” – jak się później okazało. Piętaszkowa ręka już sięgała do cherlawego portfela w zamiarze nabycia drewnianych pamiątek, kiedy jak spod ziemi wyrosła drewniaczkowa Pani CopernicusHigh: – Mam dla Ciebie trochę tego towaru. Chodź to dostaniesz – mówi, niczym diler pod gimnazjum, a że do gimnazjum Piętaszek chodził, to poszedłem bez wahania.

Oficjalne rozpoczęcie eventu miało miejsce w bocznej sali, gdzie panowały warunki wręcz idealne dla handlarzy drewniakami oraz przedmiotami podróżnymi. Stoliki i krzesła aż prosiły się o to, żeby na nie coś wyłożyć. Sprzęt nagłaśniający czekał na gospodarza imprezy, a przez drzwi wejściowe wlewali się nowo przybyli poszukiwacze z Łodzi, Krakowa, Warszawy, Górzna i wielu, wielu innych zakątków Polski.
Keszerskie wydarzenie rozpoczęło się od przywitania przybyłych i kilku słów wstępu od organizatorki całego przedsięwzięcia – osiolka oraz pracownika placówki, opiekunkę działu sztuki, Panią Grażynę Srebrzyńską, która po powitaniu keszerskiej społeczności zaprosiła nas do… podzielenia się na grupy (ku sporemu zdziwieniu wszystkich). Muzealne podchody czas zacząć.

Być może ta zabawa jest powszechniejsza niż mi się wydaje, ale dla mnie był to pierwszy kontakt z takim sposobem poznawania muzealnych zbiorów. Sposobem pełnym emocji, wyzwań i adrenaliny. Sposobem, gwarantującym zapamiętanie i zauważenie o wiele większej ilości ciekawostek, niż przy normalnym chodzeniu i przeglądaniu gablot oraz wystaw. Podchody polegały na tym, że każda grupa otrzymała kartkę z takimi samymi zadaniami, których rozwiązanie prowadziło do ukrytego skarbu (muzealny geocaching – muzeocaching?). Ilość zadań oraz ich zróżnicowanie sprawiały, że stopień trudności wcale nie był taki mały. Na szczęście przed rzuceniem się w wir szukania muzealnego skarbu, Pani Grażyna zaprosiła nas na krótki spacer pod jej okiem, na którym opowiedziała kilka ciekawostek na temat zbiorów, przemycając przy okazji wskazówki, gdzie szukać odpowiedzi do pytań.

Budynek, w którym odbywał w event, wybudowany został w 1812 (!) roku przez rodzinę Ostrowskich, i ich nazwiskiem jest też nazwane obecne tutaj Muzeum Regionalne. Zwiedzający tę placówkę mogą podziwiać między innymi wystawę etnograficzną, na której wystawione są dawne stroje ludowe oraz zaprezentowano wystrój domowych izb. Dowiemy się również co nieco o starych zwyczajach świątecznych, takich jak Zapusty i Środopoście. Miłośnicy historii, na wystawie archeologicznej, zobaczą wykopane w okolicy stare groty włóczni oraz narzędzia codziennego użytku. Dowiedzą się także kilku ciekawych rzeczy na temat dawnego pochówku wojowników (i nawet zobaczą jednego z wojów!). Ostatnią z większych wystaw prezentowanych w Pałacu jest wystawa przyrodnicza, na której możemy zobaczyć i poznać wszystkie (albo zdecydowaną większość) występujących w regionie gatunków zwierząt, w tym borsuka, jeżyka i dzikiego dzika. Po ok. 30 minutach zwiedzania, grupy rozpierzchły się po całym budynku szukając wskazówek do  odkrycia wymarzonego skarbu.

Do rozwiązania doszliśmy trochę na około, ale uzyskaliśmy całkiem sensowną lokalizację, bez zdobywania odpowiedzi na wszystkie pytania. Problem jednak polegał na tym, że pominięcie jakiegoś zadania skutkowało otrzymaniem punktów karnych, więc pójście od razu do skarbu było dość ryzykowne. Efekt kombinacji był taki, że część grupy pobiegła po odpowiedzi do pytań, druga zaś, w tym ja, pilnować skarbu, który teoretycznie powinien znajdować się w skrzyni na buty. Problem zlokalizowania owej skrzyni rozwiązaliśmy z pomocą pracownika muzeum, jednak cóż z tego, skoro się spóźniliśmy?! Skrzynię oblegali już przedstawiciele innych drużyn, tym samym odbierając nam laur zwycięzcy.

Podchody dobiegły końca i pomimo tego, że naszej drużynie nie udało się wygrać, to za sprawą osiolka i sklepu GEOCACHER, tego dnia w Tomaszowie każdy był zwycięzcą. Organizatorzy na zakończenie eventu zaprosili wszystkich uczestników na losowanie nagród, wśród których były również geocoiny, o których Piętaszek mary i śni, a których wciąż nie dane jest mu mieć. Trochę to trwało, ale przecież nie łatwo jest rozlosować taką ilość prezentów i gadżetów, a tych starczyło dosłownie dla wszystkich. Mi osobiście trafił się elegancki, keszerski kalendarz z zaznaczonymi dużymi imprezami zarówno w Polsce jak i za granicą, za który z tego miejsca dziękuję.

Wszystko co dobre szybko się kończy. I choć II tomaszowski event nieuchronnie dobiegał końca, godzina była przecież młoda, zwłaszcza że pociąg powrotny miałem dopiero o 19:00. Cóż więc zrobić z wolnym czasem? Odpowiedź mogła być tylko jedna – keszyki!

Zanim jednak ruszyłem w towarzystwie CopernicusHigh na keszerskie łowy, skorzystaliśmy z życzliwości pracownikowi muzeum, którzy zgodzili się poznać nas z tajemniczą Rosi, która chowała się wstydliwie w sąsiadującym z Pałacem Ostrowskiego budynku. Rosi, choć duża, to zgrabna dziewczyna niewątpliwie ma w sobie coś, co u niejednego mężczyzny obudzić może pierwotne instynkty. Głowę też dam, że niejeden sporo byłby w stanie zapłacić, żeby choć na chwilę się w niej znaleźć. Nawet pomimo tego, że to Niemka. Ja się musiałem zadowolić możliwością nacieszenia oczu oraz chwilą spędzoną z nią prawie sam na sam (choć bez dotykania!).

     Keszerski spacer

Tomaszowskie kesze zdecydowanie należą do tych, których szukanie sprawia przyjemność, a znalezienie daje radość i satysfakcję. Fajne, staranne maskowania, bogate opisy w listingach i dokładne współrzędne, zasługują na słowa uznania dla założycieli. Wszystkie kesze przeszły przed eventem wizytę serwisową (podziękowania dla Ownerów!), dlatego mogliśmy śmiało ruszyć z CopernicusHigh w teren, bez niepotrzebnego sprawdzania we wpisach kiedy było ostatnie znalezienie.

I tak skrzyneczki, jedna po drugiej, wpadały w nasze ręce, przy okazji zmuszając nas do przejścia całkiem pokaźnej odległości. Jako pierwsza poddała się skrytka pokazująca pomnik ku czci Żołnierzy Wyklętych, po której podjęliśmy schowajkę opisującą historię ponad 100-letniego Kościoła Zbawiciela. Osiolek swoimi skrytkami poprowadził nas w miejsca pamięci uczestników powstań narodowych, pokazał i opowiedział historię dr Jana Rodego prezentując pozostały po nim pałacyk, a także zapoznał nas z historią rodu Landsbergów, który wniósł ogromny wkład w rozwój przemysłu włókienniczego w Tomaszowie, oraz w rozwój samego Tomaszowa. Nasz keszerski spacer zakończyliśmy w cieniu drzew chroniącym przed słońcem w uroczym Parku Miejskim, gdzie przycupnęliśmy na ławce chłonąc tomaszowską historię i myśląc o tym, kiedy ponownie uda nam się odwiedzić to miasto. A udać musi się koniecznie!

     Podsumowanie

Ekipa GeoŁódzkie po raz drugi zorganizowała ciekawy event, na którym niewątpliwie warto było się pojawić. Tomaszów Mazowiecki to urokliwe miasteczko, które ma do pokazania więcej, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. A co najważniejsze, pokazuje to w ciekawy sposób za sprawą działających na tym terenie keszerów. Znajdą tutaj coś dla siebie pasjonaci historii oraz architektury, poszukiwacze geoskarbów, będący koneserami ciekawych maskowań, a także miłośnicy oryginalnych eventów. Ku uciesze tych ostatnich (i swojej własnej) lokalne ptaszki ćwierkały, że osiolek planuje powtórzyć event w Skansenie Rzeki Pilicy, co będzie świetną okazją do nadrobienia zeszłorocznych zaległości, dla tych którzy chcieli, ale z jakiś powodów się nie pojawili na pierwszej edycji. Tak jak niżej podpisany Piętaszek.

Szczerze żałuję, że z czterech wydarzeń kwietniowego weekendu mogłem uczestniczyć tylko w jednym, a najbardziej mi szkoda tego, że nie mogłem pojawić się na spacerze po Łodzi, na którym prezentowane były historyczne miejsca okraszone opowieścią przewodnika. Niemniej ekipa GeoŁódzkie nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. I nawet jeśli nie ma już w planach organizacji powtórki spaceru śladami historii, to jestem pewien, że jeszcze nie raz zaskoczy nas ciekawym pomysłem na geocacherskie spędzenie weekendu, na co z niecierpliwością czekam.

Tags: event, geocaching, GeoŁódzkie, keszomaniacy, Muzeum im. Strowskiego, podróże piętaszka, skrytki, skrzynki, Tomaszów Mazowiecki

Dodaj komentarz

loading
×
%d bloggers like this: